Jak co roku, nasza rodzina odwiedzała LONDYN. Byłam tam z najlepszą przyjaciółką
jaką można sobie tylko wymarzyć, Martyna. Rozumiemy się bez słów, nie możemy
nawet rozstać się na chwilę. Dlatego zaproponowałam jej właśnie takie jakby małe "wakacje".
Wszyscy mieli zły humor, musieliśmy lecieć najtańszą linią lotniczą. W tych z wyższej sfery
wszystkie miejsca zajęte. Tak jest gdy kochana rodzinka wszystko robi na ostatnią chwilę.
Ponad 14 godzin na jakimś brudnym i rozszarpanym fotelu. A co najgorsza,
jakiś niewychowany dzieciak walił pięścią w tył miejsca na którym niestety siedziałam ja.
Przynajmniej cieszyłam się z tego że Martyna nie ma takich problemów.
Pod koniec lądowania chwyciłam swoje napchane po brzegi bagaże i kierowałam się do wyjścia.
Zapach świeżego powietrza, nareszcie. Od razu wsiedliśmy w taksówkę, która stała najbliżej
lotniska.
-Adams'a 43 -podałam adres kierowcy.
Wszyscy byli już gotowi, szczerze mówiąc cieszyłam się z tego spotkania z moją rodziną.
Poza tym, kręci się tu wiele przystojnych chłopaków. W radiu usłyszałam piosenkę One Direction
"One Thing". Z całej siły cisnęłam się swoim zadem tam gdzie nie trzeba.
Martyna pociągnęła mnie lekko za kaptur. Za długo raczej nie mogłam ich posłuchać.
Byliśmy już pod domem, przywitałam się z członkami rodziny. Aż nagle przypomniałam sobie
że od jakiegoś czasu planowałam zakup płyty "Up All Night". Zostawiłam walizki na samym środku
korytarza i pobiegłam z Martyną do pobliskiego sklepu muzycznego. Stałyśmy przed regałami, lecz
w ogóle nie mogłyśmy znaleźć płyty. Nagle poczułam mocne szarpnięcie.
-Oszalałaś?! -trzymałam się za ramię.
-W.. w.. widziałam Louis'a! -krzyknęła.
-Przewidziało Ci się coś, yhh... -odwróciłam wzrok.
Zauważyłam kawałek niebieskiej bejsbolówki.
-"Niemożliwe" -pomyślałam.
Nie wierzyłam własnym oczom, ganiałam po całym sklepie.
Wpadłam na kogoś, a za sobą pociągnęłam wystawę z różnymi CD.
Strasznie bolała mnie głowa.
-"Ale się wkopałam" -kolejna myśl w mojej głowie.
Przerażony hukiem właściciel szukał sprawcy, czyli w tym przypadku mnie. Czułam się jak jakiś przestępca.
-Nic Ci nie jest? -zapytał nieznajomy.
Uniosłam głowę lekko do góry.
-Yyy ... nie, nie, no może jednak trochę. -zrobiłam się czerwona.
Zayn Malik we własnej osobie, a za nim pozostali chłopcy.
Widziałam że Hazza był strasznie rozbawiony. W tej chwili miałam ochotę przywalić mu w twarz.
-Więc, jak się nazywasz? -wyciągnął do mnie rękę.
- Julia. - złapałam jego dłoń i podniosłam się do góry, po czym otrzepałam.
Przybiegła do mnie Martyna.
-Co się s.. stało? -zapytała i omal nie runęła na ziemię.
Ah, no tak. Zobaczyła Louis'a, to oczywiste. Wymieniali się co chwilę spojrzeniami.
Kierownik skierował do mnie groźną minę.
- Spokojnie, ja odpowiem za wszystkie jej szkody. -powiedział Zayn.
- Naprawdę? Dziękuję. - momentalnie pojawił się u mnie banan na ryjku.
Tą piękną chwilę przerwał mój telefon. Kazali nam wracać do domu.
Pożegnałyśmy się z nimi i kierowałyśmy się do wyjścia. Brunet zatrzymał mnie jeszcze na chwilę i
wręczył mi jakąś kartkę.
- Przyjdź pod ten adres jutro z samego rana. -uśmiechnął się.
Kiwnęłam głową i poszłam dalej.
-Co jest napisane na tej kartce? -zaciekawiona zapytała.
-Widzę że jakiś adres i numer telefonu. -byłam zdziwiona.
-Ale weźmiesz mnie tam, prawda? -przytuliła się do mnie.
-Chyba dobrze znasz moją odpowiedź. -zatrzymałam na niej wzrok.
Wchodziłyśmy do domu, rozpakowali nas, miło. Ubrałam luźne dresy i rzuciłam się na łóżko.